Wydawało by się, że po lustracji najważniejszych urzędów
państwowych przez A. Macierewicza w 1992 r. w następnej lustracji
kolej przyjdzie na mniej ważne urzędy, ale wiatr wieje kędy chce i
mamy obecnie lustrację wręcz tak demokratyczną jak prawo wyborcze i
aż dziw bierze, że jeszcze wyborców nie zlustrowano, bo wtedy
wybieraliby zapewne jak należy. Po 14-letnim okresie przerwy zaczęła
się lustracja WSI zakończona jasnym raportem na ten temat, chociaż z
niejasną bazą źródłową i zasadniczo medialnym milczeniem oraz
lustracją duchownych, co do ludzi bardziej trafia, bo księża żyją
wśród ludzi, a WSI w ich cieniu. Po sprawie abp Wielgusa, gdzie
wysiłek lustratorski zredukował się do 69 stron tzw. dokumentów i
niezliczonej ilości komentarzy pisanych jakby na dwa kopyta
nieprzejmujących się faktami, oraz po sprawie ks. Zaleskiego, który
w „Księżach wobec bezpieki” drukuje kserokopii wiele, ale tylko
jeden dokument w sensie prawnym, wydawało się, że kolej przyjedzie
na dziennikarzy, ale ci sprytni jakoś się wymigali i teraz tylko o
profesorach piszą, bo ci bez wątpienia mają więcej godności, często
niestety udawanej, niż dziennikarze, bo to zawód ocierający się o
prostytucję, który po rozerwaniu się sojuszu tronu z ołtarzem (duchowieństwo
było mądre i przewidujące), zaczął wypełniać lukę klakierską
potrzebną każdej władzy. Ustawa lustracyjna jest upierdliwa nie
tylko dla tych, co mają coś na sumieniu, ale i dla tych, co nic nie
mają, bo najtrudniej czasami tłumaczyć się z braku garbu o istnienie
którego liczni garbaci podejrzewają. Ustawa uderza także w
najaktywniejszych, w których także uderzała bezpieka,
nainteligentniejsi powinni sobie dać radę, ale do nauki weszło wielu
tylnymi drzwiami, przypomnijmy sobie dowcipy co trzeba było zrobić
by zostać docentem? Wydać jedną książkę i dwóch kolegów. Prof.
Andrzej Chrzanowski stwierdza w dziesiejszym warszawskim „Naszym
Dzienniku”, że „skala i emocje, jakie temu towarzyszą, zdradzają lęk
świata naukowego przed spojrzeniem na to, co się działo przed 1989
rokiem.” Profesor i senator R. Legutko pisze w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”:
„Im ktoś wyżej znajduje się w hierarchii publicznej, tym bardziej
poddany jest osądowi innych”, w praktyce jest tak, że im kto wyżej
tym bezkarniejszy, a osąd to on sobie sam organizuje przez komórki
do wynajęcia, taki Armand Hammer miał dziewięć biografii, ale sądem
zagroził dziesiątemu, któremu zachciało się pisać o nim bez jego
wiedzy. Dla profesorów jeden morał z tego wynika, że nie dość, że
trzeba być mądrym, to jeszcze trzeba mieć media.
Jerzy Prus 3 kwietnia 2007
Non odio. Fusce consequat. Nam nisl nulla, adipiscing a, quam.
Maecenas eget elit id magna auctor varius. Aliquam dapibus sapien non dolor.